Czy PlayWay miałby szansę na “Golden Poo”?

W latach 2012 / 2013 Electronic Arts, notowany na NASDAQ amerykański gigant produkujący gry komputerowe, zmagał się z poważnym kryzysem wizerunkowym. Czy taki kryzys mógłby dotknąć PlayWay w związku z pewną niechęcią, jaką przynajmniej na polskim podwórku można zaobserwować w stosunku do rodzimego potentata symulatorów? Myślę że byłby to wniosek przedwczesny, niemniej warto podjąć próbę zdefiniowania ryzyka. Fakt, że jestem akcjonariuszem spółki nie oznacza, że będę pisać o PlayWay w samych superlatywach, bądź też prezentować wyłącznie pozytywne strony tej inwestycji. W dzisiejszym wpisie zamienię słowo o ryzyku pogorszenia sentymentu wśród graczy oraz ryzyku utraty skuteczności machiny marketingowej, opartej na potędze budowania wishlisty. Przedstawię też swoją opinię na temat krążących po rynku hipotez związanych z wyglądającymi na pośpieszne poszukiwaniami grafików – czy córki PlayWay w ten sposób chcą nadużyć przychylności inwestorów, wyciągając od nich kasę na prowizoryczne zapowiedzi gier? Analiza emisyjnych cen akcji córek, które są giełdzie od kilkunastu miesięcy pokazuje, że nie ma podstaw by specjalnie się o nich martwić – o ile tylko rynek będzie kontynuował szczodre wyceny spółek gejmingowych, a w grupie nie zmieni się podejście do tego, po jakich cenach te akcje są oferowane. Jeśli już, martwić należałoby się przede wszystkim o tych, którzy kupują akcje na górce z rynku wtórnego po tym, gdy zdążą powisieć na widłach i urosnąć kilkaset procent – zanim spółka udowodniła, że jest tak wysokich wycen warta. Pomimo opisanych ryzyk konkluzje są dla PlayWay korzystne – to instytucja pazerna na sukces, która moim zdaniem nieźle radzi sobie z kryzysami – reaguje, koryguje, wyciąga wnioski. Doskonale jednak rozumiem, dlaczego metody działania mogą się nie podobać.

Niedawno opublikowałem obszerny i entuzjastyczny wpis o strategii PlayWay i planowanym wprowadzeniu kryptowaluty, emitowanej w związku z platformą wymiany pomysłów (Czy PlayWay wciska popelinę? O strategii PLW i kryptowalucie Pway). Nadal uważam, że to świetny pomysł, który ma duże szanse sprawdzić się w praktyce.

Następnie nawet dokupiłem akcji PLW, uśredniając w górę:

Rock i Borys – “Symulator Jezusa i kryptowaluty”

Ostatnio miałem okazję poznać nieco inny (a raczej skrajnie odmienny) punkt widzenia, przedstawiony w popularnym i opiniotwórczym programie Rock i Borys (wszystkie potrzebne linki znajdują się w opisie materiału na kanale YouTube). Program, który prowadzą youtuber i streamer Remigiusz Maciaszek oraz filmowiec Borys Nieśpielak, dostępny jest m.in. na kanale Remigiusza, który obserwuje 1,5 mln. 

W odcinku “Symulator Jezusa i kryptowaluty” nie chodzi bynajmniej o nowy utwór Taco Hemingweya i Quebonafide. Rock i Borys w charakterystyczny dla siebie sposób krytykują PlayWaya. W luźnej rozmowie, podszytej odpowiednią dawką humoru, ironii i sarkazmu, nie przekraczają jednak granic dobrego smaku – wyśmiewają projekt platformy wymiany pomysłów z kryptowalutą PWay.

Materiał zdecydowanie warty posłuchania, a inwestorom polecam pominąć przydługi wstęp – start od 12:45):

Rock i Borys opowiadają o strategii PlayWay polegającej na badaniu potencjału projektów przez prezentowanie preprodukcji gier, co do których wcale nie podjęto jeszcze decyzji, czy w ogóle zostaną wydane. W podobny sposób tę strategię opisałem w swoim wcześniej przywołanym wpisie. Tyle że ja, jako akcjonariusz, tę strategię oceniłem pozytywnie, wskazując jednak, że taki model działania budzi kontrowersje. Rock i Borys istnienie tych kontrowersji potwierdzają, opisując czemu gracze mogą być oburzeni na fakt, że PlayWay reklamuje produkt, a gracze poświęcają swój czas i niekiedy pokładają nadzieje w projekcie, który być może nigdy nie trafi na wirtualne półki Steama.

W programie obecny jest wątek giełdy, w niekiedy niezbyt poprawnym kontekście. Borys wspomina np., że prezentowanie preprodukcji wpływa na notowania PlayWay na giełdzie. Pojawia się teza, że moment prezentacji gry ma większe znaczenie niż jej premiera, powodując wzrosty kursu. Nie mogę się z tym zgodzić – w przypadku PlayWay kurs już nie reaguje na przedstawianie nowych preprodukcji.

Inwestorzy są raczej tego świadomi, że nie każda pokazywana przez PlayWay gra trafia do właściwej produkcji albo być może trzeba będzie długo czekać na jej premierę. Gdyby 11 bit Studios, który wydaje własne gry raz na kilka lat, pokazał nowy tytuł – kurs powędrowałby na nowe szczyty. PlayWay jednak pokazuje swoje nowe tytuły co kilka dni, a rocznie cała grypa wydaje kilkanaście lub więcej produkcji – nie są to informacje cenotwórcze. I to nawet dla najlepszej jak do tej pory spółki córki w grupie, czyli Movie Games.

Nie zgadzam się też z tezą, że zapłata tokenem PWay za pomysły amatorów to “płacenie powietrzem” za pracę potencjalnych pomysłodawców, którzy mieliby być w ten sposób w jakiś sposób wykorzystani. Uważam, że są spore szanse na wzrost wartości tokena, co dość obrazowo przedstawiłem już w moim pierwszym wpisie na temat tej kryptowaluty. Nie uważam, aby w ten sposób PlayWay wykorzystywał amatorów, oni w większości przypadków nie mają innego sposobu by sprzedać swoją wizję gry.

Więź pomiędzy graczem i developerom – ryzyko sentymentu

W poprzednim wpisie opisałem różnice w podejściu PlayWay i reszty spółek do tworzenia gier i pielęgnacji specyficznej więzi pomiędzy producentem gry i graczem (na przykładzie gry będącej symulatorem pracy kuriera). Początkowo jednak nie spojrzałem na tę kwestię z szerszej perspektywy – ryzyka sentymentu wśród graczy, ocenianej jednak nie przez pryzmat poziomu gier, ale lojalności względem gracza.

Electronic Arts, globalny potentat gier komputerowych o kapitalizacji ok. 40 miliardów USD, tak kiedyś wkurzył graczy, że dwa lata z rzędu (2012 i 2013) “wygrał” nagrodę przyznawaną najgorszej firmie Ameryki – Złotą Kupę. Przyczynami były kontrowersyjne zakończenie kultowej gry Mass Effect 3 oraz nielojalność względem graczy przejawiająca się w naciąganiu ich na mikro-płatności w kolejnej edycji SimCity.

Czym PlayWay mógłby wkurzyć graczy, by tak jak EA zasłużyć na tak niechlubny rytuał? Mówią o tym Borys i Rock. Już teraz PlayWay zalewa rynek preprodukcjami (to element ich strategii). W komentarzach często pojawia się niezadowolenie graczy – w przeszłości wiele razy widziałem podobne komentarze (parafrazując):

„Hej PlayWay! Kiedy w końcu zaczniecie nie tylko pokazywać projekty gier, ale również je wydawać? Chcemy grać w gry, a nie oglądać filmiki marketingowe o grach, które nigdy nie zostaną wydane”. 

Faktycznie, PlayWay wydaje nieco mniej gier, niż przedstawia w swoich planach. To jednocześnie strategia (na chwile obecną) piekielnie skuteczna i intratna dla akcjonariuszy – PLW wypuszcza jedynie sprawdzone, z punktu widzenia zainteresowania, tytuły. 

To powoduje jednak niezadowolenie wśród wielu graczy, a może prowadzić też do utraty zaufania i poczucia nielojalności – naruszającej specyficzną i raczej delikatną więź łączącą graczy z twórcami uwielbianych przez nich produkcji. Ze strony konkurencji (która tę więź w pocie czoła pielęgnuje) również powiewa dyskretny chłód. Podobnie jak w przypadku giełdy, gracze komputerowi dokonując zakupów kierują się sentymentem. Już nie raz gejmdeweloperzy podejmowali się wręcz heroicznych wyzwań by naprawić nadszarpniętą reputację, na którą pracowano latami, by zmierzyć się z widmem jej utraty jedną wpadką (np. problemy Blizzarda po premierze Diablo 3 opisane w książce „Krew, pot i piksele. Chwalebne i niepokojące opowieści o tym, jak robi się gry”, autorstwa: Jason Schreier).

PlayWay nadal jest jednak moim zdaniem daleki od takiego poziomu hejtu wśród graczy – ostatnie premiery pokazały, że radzą sobie coraz lepiej.

Ryzyko wishlisty

Pojawia się jednak inne ryzyko. Bardzo tania i skuteczna machina marketingowa mogłaby przestać działać, gdyby gracze w końcu doszli do wniosku, że klikanie “dodaj do wishlisty” na Steam nie ma sensu, skoro niejeden symulator albo nie powstaje, albo trzeba na niego czekać latami. Bez tych kliknięć cross-promocja, na której oparty jest system marketingu PlayWay praktycznie przestałaby istnieć.

Już teraz takich samych rozmiarów wishlista wydaje się przekładać na mniejszą sprzedaż w przypadku gier PlayWay. Zapewne zależy od stopnia hype gracza w momencie kliknięcia, jak i podtrzymywania tego hype później. Można posłużyć się skrajnym przykładem – gracze raczej pamiętają, że dołączyli do wishlisty Cyberpunka 2077, ale czy aby na pewno pamiętają o tym, że dołączyli do wishlisty symulatora piekarza?

Jeden z czytelników po ostatnim wpisie podesłał mi też materiały, z których wynika że bywały i takie wishlisty, które budowały się niezależnie od tego, czy miały fundament w postaci faktycznego zainteresowania tytułem. Nie mam pewności do do autentyczności poniższego screena. Gdyby jednak prawdziwy, należałoby przyjąć, że takie zagrania obniżają jakość i skuteczność wishlisty. To by tłumaczyło dlaczego są często tak duże rozbieżności pomiędzy sprzedażą gier o teoretycznie podobnej wishliście w dniu premiery. Nie wiem, na ile w okresie późniejszym ponownie praktykowano tego rodzaju marketing – Agony to w końcu temat sprzed dwóch lat, a więc – uwzględniając jak bardzo PlayWay rozwinął się w tym czasie – lata świetlne temu.

Inwestorów nie sieją

Rock i Borys zwrócili uwagę na pojawiające się ostatnio oferty pracy. PlayWay masowo poszukuje grafików do sporządzenia preprodukcji – wydaje się, że proponując stawki… nieco powyżej standardów PlayWay. Po co ten pośpiech? Czy to już przygotowania do realizacji pomysłów z platformy PWaya?

Jedna z tez przedstawianych w materiale jest taka, że prowizoryczna preprodukcja ze zbudowaną wishlistą pozwala na to, by łatwiej pozyskać inwestora (wishlista jest oceniana jako kapitał sam w sobie). Inwestor może być nie do końca świadomy, jaki jest rzeczywisty etap zaawansowania prac nad grą.

Poza materiałem Rocka i Borysa słyszałem również tezę o skoku na kasę drobnych w IPO. Tyle że… córki PlayWay rzadko wchodzą na parkiet poprzez emisje publiczne. Większości spółek kapitał udaje się pozyskać w emisjach prywatnych – córki nie muszą się ogłaszać publicznie, by zebrać środki.

W większości przypadków to inwestorzy sami przychodzą wykładając pieniądze na stół w myśl zasady – shut up and take my money. Spółka jednak musi mieć plany giełdowe, bo inaczej zainteresowanie byłoby mniejsze (faza spekulacji przenosi się już na etap przed debiutem giełdowym). Im więcej zapowiedzi tym łatwiej pozyskać inwestorów – stąd przypuszczenia o tym, po co to parcie na zatrudnianie grafików.

Przeanalizowałem zachowania kursu spółek z grupy PlayWay (zarówno zależnych, jak i stowarzyszonych) by zbadać jak rynek weryfikuje ceny, po których córki PlayWaya oferują swoje akcje przed debiutem. Wybrałem do tego spółki z historią dłuższą niż 6 miesięcy, w których rynek zdążył już oswoić się z walorem, wyrobić na jego temat oponie, przetrawić dobre i złe informacje, które pojawiały się po drodze. Przede wszystkim, to walory które mają za sobą znaczące premiery gier, które miały miejsce po debiucie. Wykresy przedstawione są wedle kolejności debiutów.

Jakie z tego wnioski? Tylko w przypadku dwóch spółek (CFG i MOV) kursom incydentalnie i chwilowo zdarzało się spadać poniżej ceny emisyjnej. Nawet w przypadku spółek z dużymi problemami (CFG i ECC), które mają za sobą nieudane premiery gier (Phantom Doctrine i Drift20), kurs trwale nie spadał poniżej ceny, za którą kupowano akcje w emisach prywatnych. CFG dwukrotnie spadał nieco bardziej, niemniej tam wydarzenia były znacznie bardziej dramatyczne, rozpadł się cały zespół developerski. Uwagę zwraca fakt, że w przypadku ogólnorynkowej paniki kursy CFG i MOV spadły właśnie nieco poniżej cen emisyjnych. Gdyby doszło ponownie do ogólnorynkowej paniki, być może poziomów wsparcia dla spółek z grupy PlayWay należałoby szukaj właśnie na poziomach bliskich wspomnianego zakresu cenowego (z wyjątkiem MOV, który moim zdaniem od tego czasu dzięki udanej premierze DDS ugruntował już swoją pozycję w segmencie spółek o wyższych kapitalizacjach).

Innymi słowy, o akcjonariuszy obejmujących akcje w spółkach, które planują wejść na giełdę raczej nie powinniśmy się martwić – jeśli w spółkach PlayWay będzie kontynuowana dotychczasowa polityka cenowa. Oczywiście w nieco innym położeniu znaleźli się akcjonariusze, którzy kupili akcje na szczytach notowań z rynku wtórnego zaraz po debiutach CFG, MON czy ECC. Poważne zjazdy zaliczały kursy CFG i ECC, co wiązało się jednak z nieudanymi premierami ich gier. Nie tak dawno akcje SIM osiągnęły szczyt, od którego spadły już blisko 50% – co ciekawe, jeszcze przed premierami zapowiadanych gier. To efekt wygórowanych oczekiwań rynku względem ich działalności, za co często odpowiedzialność ponoszą prezesi niektórych spółek – wychwalając swoje dokonania ponad miarę i umniejszając ryzyka bądź słabe punkty. To jednak temat na inną dyskusję (który również w swoim czasie chciałbym poruszyć).

Można zatem powiedzieć, że akcje oferowane przez córki PlayWay w ramach emisji poprzedzających debiuty w tych przypadkach były po prostu tanie w stosunku do tego, jak później wyceniał je rynek. Ten trend jest kontynuowany – wystarczy spojrzeć na wykresy Games Operators, Sonki, Pyramid, czy najbardziej napompowanego SimFabric. Ewentualne wpadki poszczególnych spółek (np. ostatnia ECC), dotychczas nie studziły zapału inwestorów wieszających na widłach kolejnych debiutantów, a następnie windujących kursy do niewyobrażalnych wręcz poziomów. Dopóki mamy hossę gamedevów (często postrzeganą za bańkę spekulacyjną) nie martwiłbym się specjalnie o inwestorów obejmujących akcje w emisjach PlayWay. Zresztą, oni sami powinni wiedzieć co robią – o bańce na gamingu mówi się naprawdę sporo i każdy kto bierze w tym udział, powinien liczyć się z konsekwencjami jej pęknięcia. Moim zdaniem bezpieczniej lokować środki w dużych spółkach (również samym PlayWay), ale ewentualna premia za ryzyko jest również mniejsza.

Sytuacja osób kupujących akcje z rynku wtórnego na górce jakiś czas po debiucie, gdy spółka nie miała jeszcze okazji potwierdzić swojej wartości, to temat na osobną dyskusję. Dla tak rozgrzanej branży, jaką jest gamedev, parafrazując przysłowie – inwestorów nie sieją, zwłaszcza gdy słyszą hasło „5 premier do końca roku”. Ludzie są tak zaślepieni wizją łatwych pieniędzy, że nie próbują nawet sprawdzić, jakiej jakości to premiery w stosunku do tego, jaka jest obecnie kapitalizacja spółki. Nie mówię o dopytaniu o ich budżety czy sprawdzeniu podstawowych informacji (takich jak rozmiar community na Steam).

Apetyt na sukces

Będąc świadomym tych ryzyk i kontrowersji, które opisałem, moje nastawienie względem PlayWay pozostaje bycze. To spółka o wielkich ambicjach, jeśli chodzi o ekspansję. Jednocześnie bardzo dobrze radząca sobie z sytuacjami kryzysowymi i wyciągająca wnioski na przyszłość z potknięć (mniejszych, ale i większych). Mam tu na myśli np. fatalną premierę Agony i rolę, jaką dla późniejszych produkcji odegrała grupa testerów z PlayWay Testing Center. 

Rozumiem, dlaczego rynek podchodzi z rezerwą do tak częstych zbiórek kapitału w emisjach prywatnych i publicznych przez spółki z grupy. Zwłaszcza w sytuacji, gdy matka wypłaca sowicie dywidendę, a jej freefloat to skromne 18% (innymi słowy grupa chętniej dzieli się akcjami córek niż swoimi własnymi). Osobiście wierzę jednak w to, że PlayWay to nie jest podmiot, który zbierze kasę od inwestorów, wrzuci preprodukcje na Steam i zamknie działalność (takie sugestie też słyszałem). Sceptyków i malkontentów też warto słuchać, by wiedzieć co niewyobrażalnego dla rynku mogłoby się stać. Moim zdaniem, apetyt na sukces i długoterminowy plan rozwoju tej spółki nie pozwalałyby na to, by pozwolić na zamknięcie działalności choćby jednej spółki córki – najlepszym tego przykładem jest CFG – spółki, która w styczniu 2019 r. według wielu zasługiwała na jej rozwiązanie, a jednak została odbudowana i w tym roku planuje dwie premiery gier własnych. Poważniejszym ryzykiem jest oczywiście koniec hossy gejmdevów i brak popytu na te wszystkie akcje, które są uplasowywane w drodze kolejnych emisji. To jednak ryzyko z którym powinien liczyć się każdy inwestor, którego nęci inwestowanie na tak rozgrzanym rynku.

Myślę że w PlayWay są również świadomi ryzyk, które tu opisałem jest chodzi o sentyment graczy czy klikalności wishlist. A nawet więcej – już pracują nad tym, by te ryzyka minimalizować. W wypowiedziach Prezesa Kostowskiego można już było usłyszeć deklaracje, że niewykorzystane preprodukcje trafiają do spółek córek zainteresowanych ich premierami i ostatecznie zostaną wydane (zdaje się, że tę rolę w grupie przynajmniej częściowo pełni obecnie Woodland, a wcześniej już – ULG). Biorąc pod uwagę, że to małe projekty i czas ich produkcji jest krótki, być może niebawem można się spodziewać ich premier. Innym tematem jest natomiast, czy ich jakość zadowoli graczy oraz to, ile te gry zarobią – to nie są jednak produkcje, którym rynek poświęci dużo uwagi (nie spodziewałbym się wzrostów pod takie premiery).

Wspomniałem o wizerunkowych kłopotach Electronic Arts w 2012 / 2013. Na koniec rzućmy jeszcze okiem na ich wykres. Oczywiście nie przedstawiam go jako sugestii, że PlayWay miałby podążyć tą samą ścieżka (a raczej kontynuowałby tę ścieżkę) – mam na myśli fakt, że pewne kłopoty wizerunkowe nie w każdej sytuacji by wzrosty blokowały (choć uważam że za wcześnie, by uznać, że z takimi PlayWay już teraz się boryka).

Biorąc pod uwagę te wszystkie czynniki, mój wniosek jest taki, że akcji PlayWay sprzedawać na razie nie zamierzam (chyba że pojawi się argument inny, niż dotyczący PlayWay – np. z szerokiego rynku). Oczywiście będę obserwował rozwój sytuacji. Gdyby doszło do zauważalnej zmiany sentymentu wśród graczy, bądź standard informacji wśród spółek córek zaczął być patologiczny (SIM jest blisko tej granicy, w przypadku innych spółek nie widzę większych nieprawidłowości), wówczas nie wykluczam zmiany podejścia.

Opublikowane przez Bycze Gierki

Jestem początkującym inwestorem (od 2016 r.). Prowadzę bloga o inwestowaniu. Inwestując skupiam się na modnych spółkach gamingowych, stawiam jednak na selekcję - krytycznym okiem spoglądam na wzrosty niektórych walorów. Poza tym IT (SasS), ale nie tylko (okazjonalnie inne branże, nie wykraczając jednak poza krąg własnych kompetencji - nie ruszam biotech, fotowoltaiki). Jeśli chodzi o bloga - lubię pisać i dyskutować o inwestycjach. Dodatkowo, jego prowadzenie pomaga w uporządkowaniu i konkretyzacji myśli, wyłapywaniu strategicznych błędów. Pisanie pamiętnika poprawia jakość procesu decyzyjnego. Dodatkowo, jego publiczny charakter wspiera samodyscyplinę i osłabia pokusę by naruszać własne zasady. W cotygodniowych wpisach z podsumowaniem zamieszczam informację o składzie portfela oraz wykonanych transakcjach, wraz z ich uzasadnieniem (swoisty pamiętnik inwestora). Transakcje, które wykonałem od razu opisuję na Twitterze, potem w podsumowaniu tygodnia daję do nich odnośniki – w ten sposób, zamieszczając tweet od razu po transakcji nie wiem jeszcze, czy było to zagranie zyskowne (to tak aby uniknąć podejrzeń, że dzielę się jedynie udanymi transakcjami).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: